Kicking asphalt 2019
Kuba, ja Twoje 585 km szanuję.
Codziennie tam, a siam przez miasto na rolkach, to nie jest w kij dmuchał. Ja od kilku lat się zbieram na coś takiego, to mnie niestety downhille na wiejskich drogach rozwalają plus dojazd kilka km za miastem poboczem drogi wojewódzkiej.
Na rowerze jest po prostu łatwiej ciapać kilometry.
No i z Damianem jesteśmy bezpośrednią konkurencją, ze względu na zbliżony kilometraż. Więc to chyba normalne, że się nakręcamy nawzajem 🙂
Teraz coś może z blogowych klimatów.
Rolki były w niedzielę, w poniedzialek słodkie nieróbstwo, to dzisiaj zaczęło mnie nosić.
W połowie dnia przeszedł opad, to założyłem, że się wypadało i te chmury, co z daleka widać nad miastem to się na pewno oddalają...
Wszystko sobie człowiek dorozumuje, jak chce pojeździć. A chciałem! Chciałem poczuć ten ślizg na zewnętrznych, latać na krawędzi upadku... i nie upadać. 😀
No i jak mi się to znakomicie udało! 😉
Przyjeżdżam na Błonia, zakładam ekwipunek, wyjeżdżam, a tu pierwsze krople.
Nie, no przecież nie dam się tak łatwo zgonić. Jeździmy!
(Krople robią się coraz większe...)
No bez żartów, nie dam się tak zrobić! Jeździmy!
(Krople spadają coraz gęściej...)
Nie po to tutaj przyjeżdżałem, żeby teraz wracać z podkulonym ogonem! Jeździmy!
(Krople widzą, że po dobroci nic nie wskórają, łączą siły i pojawia się lokalne oberwanie...)
A, tam! Już zmokłem i bardziej nie mogę być mokry. Jeździmy!
Momentami było w głębokich kałużach. Początkowo bardzo ślisko, potem jak porządnie zmyło asfalt przyczepność się bardzo poprawiła, ale mogę po dzisiejszym zakwalifikować odcinki na Błoniach wg śliskości w deszczu:
1. Nowy asfalt 300m na 3 maja w kierunku Cichego Kącika - absolutna, światowa rewelacja! Po zmyciu trzymało jak na suchym!
2. Asfalt na Focha - nie tak dobrze jak w Cichym Kąciku, ale da się jechać.
3. Stary asfalt na 3 maja - jakieś takie śliskie, nie za bardzo jest co z tym zrobić.
4. Gładki asfalt przy Juwenii pod górę - śliskie, trzeba mocno uważać, pod górkę trzeba być rozpędzonym.
Nierówny asfalt przy Rudawie jest klasą sam dla siebie, ale głównie ze względu na nierówności, bo ślisko nie było.
I teraz - w jaki sposób jechać po czymś takim?!
Obserwowałem Felixa i Ewana w zeszłorocznym deszczowym Gdańsku.
Obserwowałem Pawła na tegorocznym CM.
I wiedziałem, że sekret jest w unerpushu. Bo przy underpushu większość ciężaru ciała generuje docisk, a pchanie w bok jest dużo mniejsze. I to naprawdę działa.
Trzeba tylko jeszcze popracować nad zwiększeniem umiejętności, żeby dało się gdzie trzeba przycisnąć mocniej, gdzie trzeba wydłużyć krok i zwiększyć kąt..
Czułem się jakby mi 40 lat ubyło: znakomita zabawa! Jak mały chłopczyk bawiący się w deszczu, chociaż mama zakazali... 😀
Ciepło i deszcz nie przeszkadzał. No, nie. Skłamałbym. Chlupanie w butach przeszkadzało. Stopa w skarpecie latała po bucie, trudniej było łapać zewnętrzną krawędź.
Chyba customy mają fory, bo jeździ się boso - więc mokra skóra będzie mocniej trzeć o mikrofibrę. Teoretycznie...
Po czasie się to zrobiło męczące, ale przewalczyłem prawie 16 km w niecałą godzinę. I w miarę spełniony poszedłem do autka.
A potem: pranie ciuchów, mycie butów pod prysznicem, serwis łożysk i szorowanie kółek.
Nierdzewność nierdzewnością, ale żadne, najdroższe łożyska nie poradzą na piasek w środku...
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Chwilarek wolnego przed ...
Po prog. ipm przeczytałem tylko pow. 🙂 .
Miłego wszystkiego dla Wszystkich B) 🙂 😉 .
Kuba, ja Twoje 585 km szanuję.
Codziennie tam, a siam przez miasto na rolkach, to nie jest w kij dmuchał. Ja od kilku lat się zbieram na coś takiego, to mnie niestety downhille na wiejskich drogach rozwalają plus dojazd kilka km za miastem poboczem drogi wojewódzkiej.
Spoko. Chciałem być w pierwszej 150 ale mi ten króliczek ucieka i ucieka... Niestety wychodzi też, że za chwilę rolki będą tylko "siam". Wrzesień się zbliża, a jak patrzę w kalendarz to przed wrześniem w te i nazad pojadę już chyba tylko raz.
Mam trochę pracy, część takiej co moża tylko w nocy, a z zasady nie jeżdżę z kompem na plecach...
Ehhhh.... Jak to praca potrafi zepsuć jeżdżenie ;).
Minęły dwa dni od miłej jazdy w deszczu, nawet buty wyschły i przyszedł czas na pojeżdżenie.
Ale najpierw złożyłem nowy układ jezdny. AmWingi do szafy, a na nogi Hydrogeny, a do hydrogenów now(sz)e hybrydy Maple. Kupiłem znowu od Łukasza M. kolejne 12 sztuk łożysk hybrydowych Maple, więc teraz już mam zestaw 16 sztuk wszystko hybrydowe i wickedy sus rustproof będą mogły odsapnąć.
Łożyska na sucho kreciły się (na palcu) do 10 sekund. Po nasmarowaniu kropelką prolube ten czas spadł do niewiele ponad sekundy. 😉
No dobra, układ zmontowany, gdzie jedziemy. Kolna! Jest po południu, nie pada, Błonia będą oblegane. Ale google maps coś marudzą o wypadku i korku na obwodnicy. Strasznie duży czas dojazdu. No to jednak Błonia. :dry:
Na miejscu okazuje się że Błonia są jednak popołudniami "oh so much NO!". Po-raż-ka!
Przyrzekałem sobie, że nigdy więcej Błoń po południu i powinienem był dotrzymać przyrzeczenia!
W pewnym momencie nawet biegałem po trawie, a rowerzysta się wyłożył przy hamowaniu. Ciepło się zrobiło, ale na szczęście nic nikomu.
Ale za to kółka i łożyska palce lizać!
Nie jestem pewien, czy jeden stopień twardości mniej tłumaczy aż tak dużą różnicę w odbiorze toczenia kółek. Po prostu hydrogeny płyną! Czułem się jak na lodzie w miejscach, gdzie AmWingi przenosiły wibracje.
Było też wrażenie zwiększonej przyczepności. Dużo mniejszy stres przy przejeżdżaniu przekładanką agrafki pod Cracovią.
Trzy kółka mają lekko naruszony profil (albo t-stopy, albo gość miał niezłe kopyto!) z jednej strony, ale jest do przyjęcia i da się je wyprowadzić. Reszta wygląda na wyjęte z pudełka.
Trudno stwierdzić, czy uczucie płynięcia i zmniejszenie wibracji przekłada się na większą prędkość, czy też zmniejszona twardość to zwiększone tarcie i mniejsza prędkość. Na takie próby to musiałoby być miejsce.
A totalnie się nie dało...
Ale z kółek i łożysk jestem zadowolony 🙂
AmWingi mogą być lepsze na gładkie, ale przyczepne nawierzchnie. Jeśli w ogóle...
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Cały czas obserwuję wyniki. Tomek Ty mnie tylko motywujesz 😉
U mnie na razie aura nie sprzyja, a w deszczu jeździć nie lubię, ale ponoć jutro poprawa pogody...
Widzę, że aura się poprawiła, bo znowu mi odskoczyłeś na 100km do przodu wykorzystując to, że w środy jestem tresowany z psem. :laugh:
W przyszły tydzień jestem nad morzem i biorę trekkinga. Niestety szosa by się zakopywała na leśnych ścieżkach.
Coś będzie jeżdżone 😉
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Nie jestem pewien, czy jeden stopień twardości mniej tłumaczy aż tak dużą różnicę w odbiorze toczenia kółek. Po prostu hydrogeny płyną! Czułem się jak na lodzie w miejscach, gdzie AmWingi przenosiły wibracje.
Jeśli 85A vs 86A to moim zdaniem tak.
W pewnym momencie nawet biegałem po trawie, a rowerzysta się wyłożył przy hamowaniu. Ciepło się zrobiło, ale na szczęście nic nikomu.
Ja ostatnio biegałem z własnej głupoty. Zamyśliłem się, zagapiłem się i zapomniałem, że ścieżka lekko skręca. Na szczęście się wybroniłem ale mina emerytki mijającej mnie na rowerze bezcenna :P.
Kupiłem znowu od Łukasza M. kolejne 12 sztuk łożysk hybrydowych Maple, więc teraz już mam zestaw 16 sztuk wszystko hybrydowe i wickedy sus rustproof będą mogły odsapnąć.
Hmmm nie jestem przekonany czy używane łożyska to dobry kierunek. Mi 3 hybrydki (co prawda chińskie) już padły. Jedna na amen po Wejherowie. Dwie kolejne po kolejnych 50km.
To "wejherowskie" na amen. Rozłożyłem, żeby wyczyścić i po złożeniu już nie banglało. Dwa kolejne zbliżyły się osiągami do taniej stali, więc wymieniłem na nowe :side:
Poprzednia partia ładnie przesłuzyla sezon bez strat własnych więc czemu nie 😉
A toczą się fajnie i są praktycznie nierdzewne.
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Cały czas obserwuję wyniki. Tomek Ty mnie tylko motywujesz 😉
Widzę, że moimi 585 kilometrami nikt się nie przejmuje :P:P:P
Kuba, wielki szacun za każdy kilometr.Jesteście super !!!!
Pomimo spadku na 3 miejsce, cały czas walczymy.
Koleżanka z grupy jest tak wściekła na Wschowę, że codziennie robi screeny rano i wieczorem.
Wychodzi, że poniektórzy często kręcą po 800 km. LOTTO odpisało,że nie widzi problemu. Same robocopy we Wschowie. Szkoda gadać. Nie walczymy o miliony, ale niektórym to słowo 100 tys. zaciera percepcję, a szkoda. Ręce opadają , ale walczymy i prosimy o każdy km 😉
Dziś rano nieudana jazda na Błoniach. Po prostu nie chciało mi się lub inaczej mówiąc nie miałem siły się zmusić do zapieprzania.
Chyba przemeczylem się codziennymi biegami. Już wczoraj nie miałem podczas biegu siły i truchtałem zamiast biegać.
A jak dzisiaj Sebu myknął mnie na połamanym odcinku nad Rudawą, a potem przyspieszył przy Juwenii to głowa powiedziała pas.
Za tydzień maraton w Katowicach. Trzeba odsapnac. Myślałem że wezmę rolki nad morze ale to nie ma sensu. Nic już nie poprawie.
Delikatny rowerek musi wystarczyć.
Druga część sezonu nadeszła! Kopytka gotowe? U mnie tak sobie... 🙂
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Damian, prawdopodobnie Lotto nie będzie robić rabanu bo popsuliby wizerunek firmy. A co za różnica kto zgarnie kasę? Jak na akcję promocyjną o średnim zasięgu to i tak mały koszt.
Najbardziej mi żal nawet nie dzieci od Natalii, tylko dzieci biorących udział w przekręcie Węchowej. Mogą być takie. Jeśli to przejdzie to będą miały krzywo ustawione pojęcie o tym jak osiągać cele: po trupach i oszukując.
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Co tam słychać w X Silesia Skating Marathon czyli Katowice-Muchowiec, 1.09.2019
Pojawiły się już pierwsze reportaże z trasy, widać w nich walkę i widać emocje, które towarzyszyły temu naszemu było nie było świętu. Bo na co dzień jeździmy i mniej lub bardziej trenujemy, a od święta spotykamy się z innymi takimi jak my, żeby nacieszyć się towarzystwem, pogadać o rolkach i trochę na nich pojeździć.
Cały tydzień tuż przed to było dla mnie byczenie się nad morzem i targanie ciężkiego roweru po miałkich piaskach. Zero rolek, ciut biegania. Najwięcej było roweru, ale zapiaszczony napęd cały czas gadał i to jego zgrzytanie tak ryło beret, że miałem uczucie jakbym cały czas pod górę jechał na tym ważącym bez mała 20 kilogramów starym klonkrze. Jakąś jedną sensowną trasę zrobiłem we wtorek, w czwartek wieczór przepaliłem nogę na krótkich interwałach, a w piątek rano na dłuższej tempówce, żeby noga nie była taka całkiem wyluzowana i zdziwiona jak w niedzielę coś od niej będę chciał.
Ale i tak założenie brzmiało: zero spiny. Czułem wyraźnie spadek formy. Dwa - trzy tygodnie wcześniej było w porównaniu znacznie lepiej. Co się zmieniło? Cóż, orka przed drugą częścia sezonu. Dołączyłem intensywny trening biegowy pod Business Run. To się zmieniło! Niestety oranie nie służy osiąganym w tym samym okresie wynikom i tydzień odpoczynku wiele nie zmieni. Ale za tydzień jest bieg i będzie można zluzować warkoczyki z tym treningiem i wrócić do roweru i rolek. Może zdążę na Berlin?...
Czy trzeba było wskoczyć na tak wysokie obroty z bieganiem? No, samo się nie zrobi. Zaczynałem z poziomu zero, czyli w tym przypadku to była średnia mojej krosowej trasy ponad 7 min/km. W trzy tygodnie podkręciłem do ciut ponad 6 min/km. Po płaskim powinno się to przełożyć bez wielkiego problemu na 5 min/km, a jak głowa wytrzyma to mogę powalczyć o okolice 4:30. Ale będzie ciężko. Tylko, że to wszystkiego niewiele więcej niż kwadrans. A na pewno raczej poniżej 20 minut. W rekordowym 2016 było ciut ponad 16 minut, w zeszłym ciut ponad 17 minut. Jak będzie w tym roku? Cóż czas leci, młodszy się nie robię…
Ten 2016... To był też rok w którym pojechałem pierwszy CM, a potem zacząłem ćwiczyć jazdę na rolkach pod okiem Roberta. Rok w którym założyłem pierwszego buta semi-race i szynę 4x110 i od razu po miesiącu strzeliłem drugi maraton w życiu – właśnie w Katowicach – poprawiając swój czas o prawie pół godziny. Niewiele wiedziałem wtedy o jeździe, niewiele umiałem, a but trzymał się nogi o tyle, że sam z niej nie spadał… ale bujał się strasznie. Tylko, że miałem wtedy kupę siły. Kijem nie zatłuczesz! To była taka siła, która nawet techniki się nie boi! Więc jechałem ten maraton w Katowicach, po starej trasie, cały czas w słońcu i wietrze, cały czas sam i prawie cały czas w słynnej „jaskini bólu”, którą znają jeżdżący czasówki na rowerach. Gryzłem asfalt, umierałem co pięć minut, ale wykręciłem 1:45. Duma. I natychmiast apetyt na więcej! Co zresztą się udało na Cracovii następnej wiosny, a potem… potem nadmiernie obciążany organizm zaczął protestować objawiając to kontuzjami i skończyło się rumakowanie. Mniej lub więcej.
Ostatnie dwa lata terminy maratonu w Katowicach i BR się pokrywały, a ponieważ to ja nakręciłem w firmie całkiem dużo osób na bieganie i udział to nie miałem serca ich zostawiać i jechać robić coś innego. W tym roku nie jestem już kapitanem drużyny, ale jest inna, dużo smutniejsza motywacja do udziału. Tyle, że termin się wyjątkowo nie pokrył i mogłem zaplanować udział w obydwu imprezach. Więc to był powrót po trzech latach na trasę mojego pierwszego w miarę świadomie przejechanego maratonu. Pamiętając jak mocno mnie kopnął miałem pewne obawy, ale w końcu o tyle więcej umiem i wiem – damy radę! Trochę mnie niepokoiła ta „nowa trasa”, której nie miałem okazji poznać… Coś słyszałem o ostrych zakrętach i zjazdach w lesie. Przejazd w Myszkowie uświadomił mi, że nie lubię jeździć wąskimi, krętymi, stromymi dróżkami wijącymi się między gęsto rosnącymi drzewami…
Powrót z nad morza w sobotę – dziewięciogodzinne spłaszczanie tyłka – już samo to zapowiadało, że będzie ciężko, bo po czymś takim zazwyczaj jestem sztywny i zmęczony. Mogłem jedynie pilnować zatrzymywania się co 2 godziny i prostowania nóg, aby nie doprowadzić się do jakiegoś istotnego ścierpnięcia czy przykurczów.
Niedziela rano zaczęła się spokojnie. Spokojnie przygotowałem klamoty, jedzenie i picie. Na trasę przeznaczyłem żel z kofeiną, tabletki dekstrozy i dwie wody mineralne 0,75, gdzie do każdej wlałem pół szklanki soku pomarańczowego, żeby: po primo ciut elektrolitów i węgli dopakować oraz po drugie primo żeby spowolnić przelot wody przez organizm. Rozwodniony sok inaczej się trawi niż czysta woda.
Pojechaliśmy na Muchowiec z Andrzejem S. Po drodze zaczęły się lekkie jaja, bo nawigacja wyprowadziła nas na remontowany odcinek, którym dojazdu nie było. Trzeba było wracać i kluczyć. Ale czasu było aż nadto. Więc po przyjechaniu spacerek, odbiór pakietów, witanie się, ale i oglądanie stoisk. Na stoisku Tempisha nie było nic ciekawego oprócz pudełka z mixem tulejek precyzyjnych. Ale z jakiegoś powodu sprzedawcy nie potrafili powiedzieć ile to kosztuje. Potem okazało się, że nic o nich nie wiedzą, bo nawet nie wiedzieli jaki wymiar jest w nich istotny i rzucili ceną chyba z powietrza, bo 120 złotych. No, trochę przesada.
Natomiast na sąsiednim stoisku Łukasz Mioduński znany także jako Powerslide Polska przeprowadzał akcję totalnej wyprzedaży. Wszystko musi pójść! Głównie kółka Infinity 85A w rozmiarze 100 i 110 oraz jakieś buty. Ceną kółek mnie zszokował: 10 złotych sztuka. No kurczę, w Gorlicach miał je po 20 i sobie w brodę plułem, że nie wziąłem. To tym razem kupiłem komplet i za 80 zł mam nówki na salę. Zawsze nowe kółka najlepiej się trzymają, a o to właśnie chodzi w szybkiej jeździe po parkiecie czy tarkecie.
Natomiast Andrzejowi wypatrzyłem Icony. W równie szokującej cenie, bo za 300 zł. Tak! But, który w pierwszej cenie kosztuje 2,5 kPLN poszedł za 300 – bo okazało się, że owszem, siadł na nogę! No nie ma sprawiedliwości na świecie… Czemu nie ja? No bo była tylko jedna para i tylko 41, a ja muszę mieć 46/47. Były też PS Marathon – ciekawy semi race z zewnętrznym usztywnieniem półmiękkiego cuffa. Mogłoby się w tym wygodnie jeździć. Ale rozmiar tylko 44. Cena równie niska…
Na przyjemnych zakupach upłynął czas i trzeba było się zbierać. Świadomy, że u mnie kluczowym jest zawiązanie buta nie dowiązałem ich mocno. W zasadzie to tak tylko trochę. No i niestety okazało się, że to nie jest dzień, kiedy moje stopy dogadują się z Boltami. Czasami tak jest, a czasami nie. I nie wiem do końca od czego to zależy. Pojechałem na objazd trasy i czułem wyraźnie, że nogi mi latają w środku… Musiałem się zatrzymać na tym leśnym odcinku i dowiązać je mocniej. Z czuciem, żeby nie ryzykować odcięcia krążenia, ale tak, żeby czuć jakąś kontrolę.
Trasa przez las mocno mi nie siadła. W sumie pierwsza część nie wiem czemu. Ta ze zjazdem wiadomo: uczucie słabej kontroli nad rolką nie pomaga w spokojnym rozpędzaniu się z górki i budowaniu świstu wiatru w uszach. Potem przejazd przez parking i skręt w prawo przy restauracji. Wrażenie, że strasznie szybko jadę i muszę hamować… Chyba ze cztery kółka na maratonie hamowałem przed tym zakrętem. Potem przestałem widzieć powód do tego. Czy to przez przerwę w rolkowaniu straciłem czucie rolek?
No ale wróćmy do wydarzeń jakoś tak chronologicznie poukładanych. No to było: zakupy, krótka rozgrzeweczka na butach, ubieranie, objazd trasy, spotkanie na starcie i start.
Założenie było, że nie ma spiny. Uczucie małej kontroli nad rolkami nie zwiększało pewności siebie i nie dawało przekonania, że mogę chociażby ostro wystartować. Więc jak wystartowaliśmy to ruszyłem tak spokojnie, w swoim tempie. Kompletnie nie miałem wiary, że jestem w stanie dotrzymać kroku gościom, którzy pierwsze 6 do dziesięciu kroków biegną dynamicznie na rolkach. Jakoś zobaczymy jak się poukłada…
No i zaczęło się układać dziwnie. Nie było czym przycisnąć bo słabo się rozgrzałem, a i tak zdążyłem w tym upale „wystygnąć” i nie było jak przycisnąć bo ciągle dolegało uczucie, że buty źle leżą. Ale już czasu na poprawki nie było. Tyle co można zrobić w jeździe to dociągnąć klamry. No, to tyle zrobiłem. Po kolei wszystkie pociągi mi odjeżdżały i zaczęli dochodzić po kolei wszyscy z tyłu. Doszedł mnie najpierw Damian z kimś jeszcze proponując wspólną jazdę. Fajnie by było, ale wtedy ciągle nie byłem jeszcze gotowy na wysiłek potrzebny, żeby się utrzymać za nimi pod górę. Więc odjechali. Pierwsze 10-12 km było uczucie słabości w nogach, potem to minęło i od 15 km zaczęło się dobrze jechać. Dobrze, ale nie za szybko. Każde kółko wyglądało podobnie:
- początek w lesie to odpoczynek po wspinaniu się do mety,
- drugi odcinek w lesie to delikatne rozpędzanie się do zjazdu,
- trzeci odcinek w lesie to zjazd z rękami na kolanach i staraniem nie myśleć o potencjalnym wyleceniu między drzewa, czy nawet szlifie na wprost.
- czwarty odcinek to manewry okołoparkingowe ze skrętem przy restaruacji – z każdym kółkiem ogarniałem to lepiej – chyba jakoś tak od połowy dystansu przestałem hamować przed skrętem. Albo nawet wcześniej? Okazało się, że nie ma potrzeby. Ale był moment, że mnie dokładnie na tym zakręcie dublowała czołówka – Bartek wyprzedził mnie wcześniej, a potem tych dwóch go goniło i wyprzedzało na tym zakręcie: jeden wziął z lewej, a drugi z prawej. Ciepło mi się zrobiło.
- piąty odcinek to plaża i podjazd i zjazd oraz początek podjazdu pod metę – póki nie zrobiło się stromo. Tam mi się najlepiej jechało. Bardzo oddały samotne treningi w upale i ciśnięcie pod górę na Piastowskiej czy przy Juwenii. Nie miałem z tym najmniejszego problemu. Owszem, nie była to prędkość typu 30 km/h, ale 22-24 spokojnie. I technicznie. Na spadku na tym odcinku bardzo fajnie się rozpędzałem i to tam miałem największe prędkości, 36-38 km/h. I wreszcie nie miałem uczucia, że jest strasznie szybko – dawało się utrzymać wychodzenie na zewnętrzną krawędź. Miły prognostyk na przyszłość.
- szósty odcinek to wspinaczka do mety i ten odcinek ewoluował szybciej niż wirus grypy – każde kółko kończyło się tym podjazdem i był on zdecydowanie z kółka na kółko bardziej stromy. Ostatnie trzy kółka to już była ciężka walka… a na górze ledwo jechałem przetaczając się przez kostkę chodnika po skręcie.
Po Damianie dopadł mnie Gang Przeszkodowców i również zaproponował jazdę, a ja ciągle jeszcze ani nie rozgrzany dobrze, ani nie pogodzony z butami nie byłem w stanie się utrzymać. Jak później sprawdziłem wyniki, to skończyli 4 minuty wcześniej, ale między nas już nikt się nie wcisnął.
No to jazda. Kompletnie mnie nie obchodziło, że jadę sam, że jest plaża na prostej, że na podjazdach jest coraz to mocniejszy #wmordewiatr. Kiedyś wiatr na mnie robił wrażenie. Teraz już w ogóle. Po prostu się jedzie wolniej, jedzie się niżej i musi być naprawdę potężny, żeby zatrzymywał. Jechałem swoje, każdy krok zaczynając od wyłożenia wracającej nogi na zewnętrzną i mocnego dociśnięcia jak przejeżdżała pode mną, kończąc jeszcze mocniejszym dociśnięciem ciężarem ciała odjeżdżającej nogi, żeby wydoić napęd z każdego kroku z jak najmniejszym udziałem własnych mięśni. Andree – to jest to co Ci starałem się pokazać. Bardzo opłacalna technika do jazdy właśnie na dużych oporach. Niestety nie działa mi na prędkości, ale jak to mówią: prace w toku.
Andree namierzyłem chwile wcześniej. Ewidentnie w lasku zwalniałem, tam mnie wyprzedzał, a potem ja go wyprzedzałem na plaży pod górę i wiatr. Za którymś razem zwróciłem uwagę, że ma już pod tą górkę totalnie dosyć. Wyglądał jakby marzył tylko o tym, żeby się położyć i zwinąć w kłębek. Przejeżdżając zachęciłem go do większego wysiłku pokazując, że szczyt wzniesienia już nie daleko, ale ponieważ wydawał się być nieprzekonany pociągnąłem go lekko za łokieć, co spowodowało lęk przed upadkiem i otrzeźwienie jakby bidon lodowatej wody w kask wlać. Wtedy zaczął faktycznie znowu walczyć i za kilkaset metrów się zmieniliśmy. Jednak nie składało się bo obydwaj jechaliśmy zbyt mało płynnie i szarpaliśmy w różnych momentach. Jazdę w grupie jednak trzeba ćwiczyć. Ale fajnie było wiedzieć, że ktoś znajomy i życzliwy jest niedaleko i można go czasami pogonić.
Jakoś tak od 28 kilometra zaczęło się robić nieprzyjemnie. Chwilę mi zeszło ogarnięcie skąd to uczucie się pojawiło, bo plecy oczywiście tak, ale nic nadzwyczajnego. I ku zaskoczeniu mojemu – podeszwy stóp. Wrażenie jakbym sobie je odgniótł, albo odbił. Jak?! W lewej śródstopie i w prawej pięta. No jak? Nigdy coś takiego się mi jeszcze nie zdarzyło. W momentach kiedy się toczyłem z górki zacząłem jechać na jednej nodze strzepując drugą stopę, żeby cokolwiek zmienić, żeby krew z powrotem zaczęła dopływać do tych miejsc. I to działało, ale kiedyś trzeba było nogę położyć i szybciutko temat wracał. Więc zaczęło się kombinowanie. Zjeżdżanie na jednej nodze z lekkim podparciem drugą. Raz tą, raz tą. Już czas przestał się liczyć zupełnie. To znaczy miałem wrażenie, że wcześniej już się nie liczył, ale teraz zacząłem jechać na ukończenie. Na jednym z wjazdów w las pożarłem żel i zapiłem resztą izo z pierwszej butelki. Chyba z pół minuty mi to zajęło podczas której tylko się turlałem powoli zatrzymując i starałem się jakoś nabrać ochoty na dalszą jazdę. Wtedy kolejny raz dogonił mnie Andree i wyprzedził co dało impuls do wzięcia się w garść i powrotu do jazdy, jakkolwiek żałośnie wolna by się teraz nie wydawała.
Gdyby tak udało się utrzymać w porządnych pociągach i skończyć w te 1:25 to byłoby wszystko skończone z uśmiechem i pieśnią na ustach. A tak, ostatnie pół godziny to walka ze sobą jak za starych dobrych czasów. Ale bez nadziei na dobry czas na co miałem nadzieję wtedy. Trochę było łatwiej bo Andree był blisko i czasami trzeba było go pogonić, a czasami pociągnąć go pod górę, albo chociaż pokazać, że da się sprawnie pod nią wyjechać i że wiatr i upał nie mają znaczenia, więc on też da radę.
Picia w zasadzie wystarczyło. Nie było ani za mało, ani za bardzo słodkie. Przed ostatnim kółkiem wziąłem butelkę od wolontariuszki, ale najpierw dojeżdżając do nich zrobiłem na głos wyliczankę, żeby ustalić od której, bo było ich kilka i każda chciała, żeby to od niej wziąć butelkę… W ten sposób one też się pośmiały.
Zdumiało mnie pod koniec jazdy jak zdublowałem kolegę, który ciągnął mnie duży kawał na Cracovii rok temu. Wtedy mogłem tylko marzyć o jego kondycji. Tym razem śmignąłem koło niego bez wysiłku, a on wyglądał jakby go z węża polewali… Z kasku, z twarzy, z rąk się po prostu lało… Jeśli dał rady dojechać, to na pewno był poważnie odwodniony. U mnie pewnie długie jazdy na rowerze w upale i powrót do biegania musiały oddać, bo upał do mnie zupełnie nie przemawiał. Ot: nie było zimno. Może też wybór leciutkiego kolarskiego gilletu zamiast koszulki klubowej z grubej tkaniny z rękawkami mi pomógł. Na pewno nie zaszkodził.
Finisz jak finisz. W pewnym momencie się zorientowałem, że jest 1:53 na moim zegarku i jak się zepnę, to może się uda nie wskoczyć na 1:55. No i faktycznie to się udało. Takie małe zwycięstwo nad sobą na sam koniec.
Za metą wylądowałem od razu na trawce. Nie żebym nie miał siły w nogach, ale już bardzo, bardzo chciałem zdjąć buty. No i okazało się, że były po prostu za mocno dowiązane… Po zdjęciu krew zaczęła dopływać i temat się skończył. Nogi wydawały się dobre, ale jak tylko zacząłem rozciągać czwórki, to dwójki zaprotestowały wstępem do skurczu. Więc odpuściłem rozciąganie, żeby ich nie drażnić.
Potem odpoczywanie, gratulacje, żarełko i pogaduchy. Andrzejowi S. bardzo, ale to bardzo trasa nie podeszła. Rozwaliły go górki i to i kondycyjnie i dodatkowo obtarł kostki, bo ruch stopy przy jeździe pod górę miał za duży.
Medal całkiem ładny. Widać, że teraz jest moda na kolorowane. Tak czy inaczej ląduje w pudle. Może kiedyś będę sobie z tego robił wystawkę. Jak już nie będę miał siły ustać i będę chciał przypomnieć sobie młode lata.
Bardzo dziękuję wszystkim za spotkanie, za rozmowy i za towarzystwo. Nie miałem świadomości że mam tak dużo bliższych i dalszych znajomych z rolek. Że znają mnie też ludzie, których nie spotkałem wcześniej, a którzy tylko czytają co mi tam w duszy danego dnia gra i dla których może stanowi to rodzaj zachęty do dalszych starań. Może nawet się trochę wzruszyłem.
Na pewno takie przetarcie przed Berlinem się przyda. Doskonale uzmysławia w jakim miejscu teraz jestem i może, może coś się uda jeszcze poprawić.
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Tomcat graty! Jak zwykle fajnie się czytało.
Czytam opisy i czytam o tych podjazdach i już chyba wyparłem ze świadomości topografię, bo mi się wydawało, że tam płasko raczej jest. Tzn były jakieś nachylenia ale chyba nic strasznego... Przynajmniej tak kojarzę starą trasę. Ale ostatnio byłem w 2017 a pamięć zawodna jest.
Ma ktoś jakiś profil wygenrowany? Żeby spojrzeć jak dokładnie wygląda, jakie przewyższenia itp?
Ma ktoś jakiś profil wygenrowany? Żeby spojrzeć jak dokładnie wygląda, jakie przewyższenia itp?
Tak to u mnie wyglądało.
Jeśli wierzyć GPS to najniższy punkt około 240 metrów, a najwyższy około 320? Coś dużo strasznie...
Jak patrzeć na podsumowanie to nawet więcej: 219 do 338!? WTF?!
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Tak to u mnie wyglądało
Hahahaha :woohoo: Górny wykres sugeruje wzrost górki wraz ze wzrostem zmęczenia i pokonanym dystansem... :woohoo:
Ładnie widać pętle, tylko te "piki" dziwnie nierówne.
Próbowałem sprofilować trasę, ale narzędzie które używałem do tej pory nie bardzo chce działać, podobnie jak 3 inne, które wygooglalem. Pewnie GoogleMaps pozmieniało coś w interfejsie a nikt narzędzi nie uaktualnił.
Kto ma coś do profilowania tras, co działa i nie wymaga rejestracji?...
HR po 28km rzeczywiście wygląda nieciekawie. Mocno musialy te stopy przeszkadzać...
Tu w pierwszym poscie mojego "bloga" sa profile tras i sa Katowice. Roznica poziomow niewielka, z tego co pamietam to nachylaenia tam jest maks 4%, a jednak daje w kosc. Pamietam poczulem te goreczki nawet w sezonie kiedy zaliczylismy Stelvio. https://www.narolkach.pl/forum/27-maratony-/35523-jazda-szybka-dlugie-dystanse-zawody-i-inne to jeszcze z czasow jak dzialal geocontext profiler.
Gratulacje walki na trasie 🙂 W tym upale bylo jak bylo 🙂
Planujesz kiedys odpuscic ten BR...?
maks 4%, a jednak daje w kosc.
Palnujesz kiedys odpuscic ten BR...?
Daje w kość. Jak ktoś w ogóle nie jeździ górek, to leży i kwiczy.
Nie wiem. Płynę z prądem...
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Hahahaha :woohoo: Górny wykres sugeruje wzrost górki wraz ze wzrostem zmęczenia i pokonanym dystansem... :woohoo:
Tak było. Nie kłamię! 🙂
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Do źródła płynie się pod prąd 🙂
No i popatrz jak Neo skończył 😉
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Gratulacje!
O kurczę, Icony były w rozmiarze 41? Ale szkoda. Jednak nawet nie pomyślałem, że tam jest coś sprzedawane. To jest właśnie mój brak doświadczenia. Widziałem jakieś stoisko, ale nawet nie zblizalem się...
Szczerze mówiąc, nie nie pamiętam i nie poczułem ciągnięcia mnie za łokieć. Chyba w tamtym momencie nie byłem w stanie tego czuć. Tak nie lubiłem tego odcinka. Samo zbliżanie się do niego mnie męczyło. To jedyny odcinek taki, już ta gorka przy mecie mi bardziej podeszła i tam nawet miałem dobre czasy. Jednak po skręcie w prawo automatycznie blokada w głowie i brak chęci łapania pociągów. Po 200 metrach wszytko już było OK. Wychodzi brak treningów i mała liczba km w tym roku. No, wtedy kiedy się spotkaliśmy, to był taki okres słabości, który czasem w połowie przychodzi podczas zawodów. Jednak ja prawie za każdym razem miałem tam najsłabsze czasy. Wiele razy aż się prosiło by złapać się jakiejś grupy. Ale kompletnie mi się nie chciało, byłem w tym miejscu leniwy.
Zjazd w lesie bardzo fajny - pierwsze okrążenie było bardzo ślisko, ktoś tam rozlał wodę i poczułem ślizg lekki.. A prędkości tam były jedne z najwyższych.
Raz mi jakaś plazowiczka wyszła i prawie prosto pod koła. Tam między jeziorami... tu wielki minus do organizatorów. Gdyby jechał pociąg to by ja rozjechali... pamiętam że krzylem na nią, żeby patrzyła jak przechodzi przez drogę. Podskoczyla że strachu, ze o mały włos ten strój kąpielowy nie spadl...
Kurde, ale mi apetytu narobiłeś tymi Iconami. W zimę muszę coś zakupić. Widziałem jak takie 4x110 ma ciąg do przodu, odepchniecie i jedziesz jak pociąg. Na krótkiej szynie koła w pewnym momencie stają w miejscu. Widziałem tych ludzi, którzy robili wolne odepchniecia, gdzie ja najbardziej się starając nie byłem w stanie takiego ślizgu osiągnąć nawet w 70%.
Na moje oko te kółka Seba Speed nie mają 85A. Daje im góra 83A, to samo tworzywo co 80mm.
Mają tendencje do trochę szybkiego zatrzymywania się bez odepchniecia. Na miasto OK, ale na coś więcej.... O pomyśleć, że oni je montują do Seba Marathon...
Do następnego razu!
U mnie wykres wygląda tak
Ostatni post: Rolki inline alpine/skate to ski Najnowszy użytkownik: ezekielgranata Ostatnie posty Nieprzeczytane Posty Tagi
Ikony forów: Forum nie zawiera nieprzeczytanych postów Forum zawiera nieprzeczytane posty
Ikony wątków: Bez odpowiedzi Odwpowiedzi Aktywny Gorący Przyklejony Niezaakceptowany Rozwiązany Prywatny Zamknięte