Kicking asphalt 2020
Wysłany przez: @szyszkownikZdecydowanie nie wracalbym na 125 w tym sezonie, a juz na pewno nie na Mazury czy inne wazne testy 🙂 Wypracowales duzo w tym roku i zebrales plon z poprzednich. Działa? Działa.
Głos rozsądku. 🙂
Z drugiej strony... jak się im włoży kopa to niosą pod wiatr jak marzenie 😀
Wymagają więcej siły, ale obiecują większą prędkość.
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Ty już sam ocenisz i zrobisz co uznasz za sluszne. Jakbym mial popatrzec wstecz i wyciagnac wnioski to zauwazylem tendencje do sabotowania efektow swojej pracy. Jak wszystko gra i buczy, to sobie jeszcze docisne mocnym bieganiem, tam rowerem, zmienie sprzet, czy zrobie mocny trening bo na tydzien przed to wytrzymalosci na pewno mi przybedzie drugie tyle. I potem formy brak, placz i zgrzytanie zebow 😉 Zrobiles mega duzo, zaczelo grac i gra, az milo patrzec. Zobacz sobie co robiles, a czego warto NIE ROBIC tuz przed zawodami 🙂 Dieta, odpoczynek, regeneracja, rozciaganie - na przestrzni ostatnich 2 lat - odhaczone 🙂
Też bym jeszcze nie zmieniał. 😉
Miałbyś 3 tygodnie na przestawienie się, a to może być mało. Pamiętam, że ja tak zrobiłem przed Sierpniowym parę lat temu i fakt - życiówkę wtedy pobiłem, ale parę razy miałem niefajne momenty braku stabilności i zawahania, tak że myślałem że glebnę. Jazda na treningu to jedno, ale podczas zawodów, na szybkości, gdzie nie ma czasu się zastanawiać nad techniką, to lepiej mieć już ogarnięty setup.
Takie większe zmiany to fajnie robić po sezonie, jak już na luzie się przygotowuje do następnego.
Od zawsze było założenie powrotu na 125 jak będę na to gotowy.
W 2018 nie byłem. Minęły dwa lata i jest kolosalna różnica.
Choć i tak oceniam, że potrzebuję jeszcze jednej zimy na hali, żeby podkręcić stabilizację i siłę. Bo do tych wysokich i ciężkich bydlaków potrzeba ich w ilości bardzo dużej.
Plan jest taki: dzisiaj jeszcze z Papim i Wojtkiem pokręcimy się w okolicach Kolnej. Będzie trochę zap*dalania. 😀 Dobry test 125-tek.
A potem pewnie wrzucę z powrotem 110. Chyba, że 125 się jakoś wyraźnie zarąbiście spiszą... to znowu będzie zastanawianie się. Ale bardziej pod kątem wymyślenia powodu dla którego nie zmieniać z powrotem na 110.
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Pt 21 sie 20
Wczorajszy dzień był dniem dużych kół. Poranna jazda pokazała, że tak duża zmiana początkowo zawsze jest trudna do ogarnięcia, ale z czasem wrażenia się poprawiały, zwłaszcza jak w grę wchodziła idealnie gładka powierzchnia nowego asfaltu. Potrzebowałem jednak drugiej próbki danych. Dlatego chętnie umówiłem się na wieczór z Papim i Wojtkiem S. na Kolnej.
Spodziewałem się sporej ilości spacerowiczów i rowerzystów, ale to co zastaliśmy wyszło poza skalę… Jechaliśmy niby spokojnie, ale jednak prędkość była. Wyprzedzaliśmy praktycznie wszystko i byliśmy w międzyczasie wyprzedzeni może ze dwa razy przez bardziej napiętych szosowców. No i teraz tak… Z naprzeciwka nadjeżdżają pociągi rowerzystów. To po lewej. Czasami te pociągi są wyprzedzane przez innych rowerzystów, czyli mamy już dwa rowery jadące obok siebie. A po prawej stronie są jadące w drugą stronę inne pociągi rowerzystów czy pojedynczy rolkarze wymieszani z rowerami. I w to wszystko wjeżdża prowadzony przez Ciebie pociąg… Jedyne co można zrobić to krzyknąć i zrobić się bardzo wąskim.
Pierwszy w pociągu oczywiście obowiązkowo daje znać o przeszkodzie, czyli mijaniu kogoś machając do tyłu lewą, albo prawą ręką. Przeszkoda z lewej – lewa ręka. Przeszkoda z prawej – prawa ręka. W pewnym momencie prowadząc pociąg musiałem machać praktycznie bez przerwy i jeszcze starałem się długością i intensywnością machania zaznaczać skalę trudności minięcia. W sytuacji wyjątkowo skomplikowanej prostowałem się przygotowując do przekręcenia tułowia w bok, aby się zmieścić. Przez to machanie rękami chłopaki z tyłu się śmiali, że jakbym na lotnisku pracował. Prawa, lewa, prawa, prawa, a potem szybki slalomik: prawa, lewa, prawa. I to wszystko na szerokości dwóch metrów miejscami mocno zawężonej przez przerastającą zieleń.
No, ale nikomu nic się nie stało. Musiałem jednak całkowicie zmienić podejście i prawie wyłączyć głowę, bo nie było technicznej możliwości zachowywania marginesu bezpieczeństwa. Jedyna opcja to było „na wcisk” i wierzyć mocno, że wszyscy zachowają rozsądek i panowanie nad swoimi stalowymi rumakami. Ale było kilka osób, które podczas jazdy rowerem czatowały na trzymanym w ręce telefonie i ten widok mnie rozwalał. Co za kretynizm! Jakby to była całkiem pusta ścieżka to byłoby to tylko bardzo głupie, ale w tych warunkach wskazywało na kompletne bezmózgowie. Oczywiście żadna z tych osób nie miała na głowie kasku. A niech się coś im tam nie tego i ich bujnie w momencie jak ich mijamy… Ciary.
Pozostawiwszy temat tłumów same wrażenia z jazdy na 125 były tym razem zdecydowanie pozytywne. Bardzo, ale to bardzo pasuje mi większa szerokość bieżnika, czyli okrągły zamiast eliptycznego profil koła. Może trochę większy opór, ale za to dużo lepsze panowanie i możliwość lepszego napędzania się zewnętrznymi krawędziami. Gdyby nie one, to byłaby rzeźnia. Napędzanie kół samym swoim odpychaniem się nie ma prawa działać dobrze. To już wtedy lepiej zostać przy mniejszych kołach, może nawet mniejszych niż 110.
W każdym razie może i rekordu trasy nie pobiłem i powód to na pewno zbyt duża ilość przeszkód, co nie skłaniało do ciśnięcia, ale było w miarę szybko. Na kilku odcinkach Strava zaraportowała mi drugi lub trzeci czas w historii, co biorąc pod uwagę ilość wymijania lub czasami zwalniania jest fenomenalnym wynikiem. Wszystko szło świetnie do momentu zmęczenia. Jak poleciała stabilizacja, to od razu skończyło się rumakowanie. Opanowanie wysokich kół jest bardziej wymagające i tyle. I kropka. Jednak to co potrafię z nimi zrobić teraz, a co w 2018 roku to jest kolosalna przepaść. Dobrze przepracowałem te dwa lata. W zasadzie teraz one prawie „mogą być”. Jakbym pojeździł na nich ze dwa miesiące, jeszcze podregulował szyny i trafił z tą regulacją „w punkt” to mogłoby się okazać, że daję radę. Ale nie pora na to. Jest maraton, potem będzie hala. 125 na hali? Po co sobie robić aż taką krzywdę?
Przy okazji zmiany szyny wypróbowałem dedykowane kliny Powerslide do włożenia między blok, a szyne. Genialną sprawą jest to, że mają one specjalne wypustki pasujące do otworów w szynach tej marki. Super sprawa! Dopasowanie jest tak świetne, że można szynę obracać do góry nogami i nie wypadają. A kąt jest jak się okazało większy niż to co osiągnąłem ulepionymi przeze mnie podkładkami snowboardowymi. Niestety moja szyna 4x110 to tylko podróba XXX Powerslide, co widać po kolorze anody i braku rzeczonych otworów na kliny. Poza tym jestem z niej zadowolony, ale brak tych otworów to albo brak możliwości założenia klinów PS, albo konieczność spiłowania tych wypustek. Trochę mi szkoda ich piłować, bo pięknie leżą na szynie 3x125, ale zawsze mogę kupić jeszcze jeden komplet.
W piątek rano wybrałem się na krótko na Błonia, żeby sprawdzić ustawienie zamocowanej z powrotem szyny 4x110. No i liczyłem na możliwość porównania doznań będąc na świeżo po dniu na 125. No i jak wrażenia? Większa stabilność, ale bez wielkiego szału. Praktycznie zero oporu. Lekutkie. No i jakby to… o, mam: nic się nie dzieje. Takie to jest mdłe. O ile 125 jest bardziej wymagające pod względem stabilizacji i handlingu, to jednocześnie oferuje istotne wsparcie w dziedzinie zap*przania. Duże koła nie za bardzo nadają się do byle jakiego plumkania – ich domeną jest utrzymywanie wysokiej prędkości przy zachowaniu w miarę akceptowalnej techniki. Bez techniki będą koszmarem ridera.
Podsumowując: chcę! Ale dam sobie jeszcze jedną zimę na hali i spróbuje znowu na wiosnę. Albo nawet nie tak… Wiosenną Cracovię i Skawiński na 110, a potem przejście na 125 i jesienne maratony już na dużych kołach. No to można chyba nazwać planem!
A dzisiaj – nogi w górę. Wczorajszy dzień wymęczył, a jutro jeżdżę znowu z chłopakami z Kraka. A to są wariaty i nigdy nie jest wolno.
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Wysłany przez: @tomcatPozostawiwszy temat tłumów same wrażenia z jazdy na 125 były tym razem zdecydowanie pozytywne. Bardzo, ale to bardzo pasuje mi większa szerokość bieżnika, czyli okrągły zamiast eliptycznego profil koła. Może trochę większy opór, ale za to dużo lepsze panowanie i możliwość lepszego napędzania się zewnętrznymi krawędziami.
A robia jakiekolwiek 110 na okrągłym bieżniku, bo mnie się zdaje, że wszystko na elipsie jest. No chyba, że różnice są tak marginalne, że moje oko nie wychwytuje. No i po paruset km jazdy po mieście na jednej nodze i tak robie okrągły a na drugiej trójkątno-trapezowy 😀
Spinnery są na "full profile". No i jak przyglądnąłem się profilowi Infinity Plus, temu który mnie tak uwiódł, to jest bardzo podobny do profilu Red Magic (MPC/Bont). Dużo węższy profil jest w Hydrogenach i Boomach oraz zwykłych Infinity.
...
Jak jeszcze raz przyglądnąłem się profilowi Infinity Plus, to doszedłem do wniosku że różnica jest zbyt mała i tak naprawdę to robi różnicę masa i dwurdzeniowość kół. No musi tak być.
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Wysłany przez: @tomcatSpinnery są na "full profile".
Jeśli przyjmiemy tę nomenklaturę https://bladeville.pl/blog/profile-kolek/ to dla mnie wszystkie 110mm są eliptyczne 🙂
Sb 22 sie 20
Poranna jazda tylko z Papim, ale i tak było bardzo fajnie. Ja prowadziłem w jedną stronę, Paweł w drugą. No i okazało się, że poprawiłem swój rekord przejazdu z Kolnej pod komisariat wodny na Salwatorze. O kolejne 8 sekund, czyli już jest poniżej 18 minut. Do prowadzącego zostało 2,5 minuty, więc jeszcze jest się o co poprawiać. Sęk w tym, że cała wierchuszka rankingu jest obsadzona przez rajderów z Klubu, a wszyscy się cały czas poprawiają, więc nie można liczyć, że tylko 2,5 minuty, bo za tydzień czy dwa to mogą już być trzy. A jak Paweł Ciężki się dowie o tej trasie, to i pięć…
Takie zabawy. Co mi się podobało to wrażenie zwiększonej stabilności po powrocie na sto dziesiątki. Subiektywnie byłem w stanie bardziej regularnie wychodzić daleko na zewnętrzną. Nie raz na czas jak kiedyś, ale raz za razem. I tak samo można było spokojnie dociskać te krawędzie. Rolki za takie traktowanie odwdzięczały się w miarę szybką jazdą na akceptowalnym poziomie zmęczenia.
Najtrudniej było na podjazdach, jak kończył się rozpęd i trzeba było się wdrapać na górkę. Ten element mam do zdecydowanej poprawy. Paweł jechał za mną i mówił, że za bardzo drobię jak już stracę rozpęd. Pewnie powinienem odbijać się bardziej do przodu, jak przy sprincie ze startu zatrzymanego. Temat do przemyślenia i przećwiczenia.
Wracaliśmy w odwrotnej kolejności – tym razem Paweł z przodu. No i pomimo tego, że jechał swoim tempem to nie „urwał mi się z koła”. Utrzymałem się do końca, co dało mi dużo satysfakcji, bo jeszcze na początku tego lata nie było takiej opcji – dojeżdżałem na Kolną minutę, no, może pół minuty po chłopakach. A wcześniej różnica była jeszcze i większa. Taką prędkość można utrzymywać wyłącznie dzięki technice: wydłużać łuki na zewnętrznej krawędzi z jej dociskaniem i pchać prosto w power-boxa, czyli jak najbardziej w bok, najlepiej utrzymując cały czas kompresję kółek. Jak to już jest opanowane i nie ma problemu z ukierunkowaniem wkładanej siły, to zaczyna się liczyć sama ona: ta siła. To dlatego Paweł Ciężki się nas w zimie pytał jakim cudem chcemy szybko jeździć na rolkach skoro nie chodzimy na siłownię? Technika daje możliwość przyłożenia siły. Teraz trzeba jeszcze ją mieć.
Do dzisiejszego treningu przystępowałem bez pełnej regeneracji po czwartkowych zabawach na 125. Ewidentnie przeciążone mięśnie tylnego pasma z tyłu kolana. Czemu akurat tam trudno mi powiedzieć, ale te duże koła to naprawdę mocna rzecz i trzeba się spiąć, aby im podołać: raz napędzić, a dwa utrzymać kontrolę. Jednak odnoszę wrażenie, że taki czelendż od czasu do czasu to nie jest głupia sprawa. To odmienny bodziec niż jeżdżenie cały czas na tym samym układzie, a wiadomo jak układ ruchowy się adaptuje i że trzeba go regularnie wyrywać ze stanu fałszywego samozadowolenia. W każdym razie na 110 te przeciążenia się nie odzywały, pewnie cięższy zestaw wymagał innej lub trochę mocniejszej pracy niektórych mięśni, czego zestaw lżejszy nie prowokuje. Albo pomogła rozgrzewka przed jazdą.
Może warto tak raz na miesiąc zrobić ze dwie jazdy na 3x125, a nie czekać tylko do nowego sezonu?
Jutro możliwe, że nie uda się pojeździć przez zapowiadane poranne deszcze. Jeśli tak będzie to postaram się po ich skończeniu pyknąć spokojne sierpniowe Gran Fondo, czyli ponad 100 km traskę na rowerku. Ostrzę zęby na objazd Trzebini i Alwerni. Szkoda, że sam.
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
@szyszkownik
🙂
Będzie dobrze 🙂
Sprawdzilem wskaźniki. Spokojne 100k na rowerku obciaza o 30% mniej niz półmaraton z Sebu 🙂
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Ja sie tam nie znam na takich wskaznikach to raz, dwa czy one w swoich obliczeniach biora pod uwage wszelkie inne aspekty zycia codziennego i wywolywane nimi obciazenie organizmu?
Tak czy inaczej obserwuje i kibicuje, niedlugo w praktyce bede sprawdzal swoja filozofe podejscia do treningu 😉
Zobaczymy jak będzie ze sportem dzisiaj. Może się skończy zaniedbywanymi ostatnio ćwiczeniami abs i core plus hantelki. Też trzeba.
W tym momencie pogoda nie nastraja optymistycznie. W ogóle nie nastraja.
Leje, siąpi, mży, kapie, pada, ciurcy, sika i na zmianę wali żabami.
Wczoraj tuż przed burzą kotwiłem Żonie foliaka, bo nie było opcji, aby na kilku szpilkach przetrwał.
Mam jakąś już tam historię treningów i obserwacji. Ciężko się porównuje z innymi, bo nikt nie jest dokładnie w takiej samej formie, w takim samym wieku, z takim samym tempem regeneracji.
Co obserwuję jako pewnik: im lepsza kondycja ogólna, tym cięższe treningi można i właśnie trzeba robić. Im lepsza kondycja też tym szybsza regeneracja po zmęczeniu. Jeśli cały czas robi się takie same treningi, bez podnoszenia wymogów, to osiąga się to co niektórzy nazywają plateau, a mniej poetycko nastawieni "czarną dziurą". Jeśli ta forma Cię zadowala to ok, end of story. Jednak większość sportowców stara się osiągnąć pik formy na zawody. To w sumie taka oczywistośc w świecie wyczynu, ale czy my do tego aspirujemy?
Ja nie, ale z drugiej strony bardzo dokładnie poznałem wzmiankowaną czarną dziurę i wiem ile wysiłku kosztuje wyrwanie się z niej.
Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to do późnej jesieni powinienem zakończyć fazę redukcji i przejść na całkowite zbilansowanie energetyczne. Jak wszystko pójdzie dobrze i nie wpadnie mi do głowy ciąć tłuszcz do końca. Wtedy będzie dobry moment na rozpoczęcie porządnego speriodyzowanego planu treningowego. Pierwszego takiego w moim życiu, bo sam nigdy nie ogarnąłem niczego poza makro i mikrocyklami pod bieganie. Znowu będzie co obserwować, analizować i opisywać. 🙂
Jak wszystko dobrze pójdzie.
A ten maraton teraz... Ja JUŻ czuję się zwycięzcą, bez startowania. 🙂 Nawet jak coś się stanie i nie złamię tych 1:40 nie popełnię seppuku. Moja aktualna forma i umiejętności są zgodne z oczekiwaniami. O niczym więcej i bardziej nie potrafiłem marzyć. Wypływam teraz na nieznane wody i potrzebuję przewodnika 😉 Chociażby kwestia ustalenia co teraz ma być celem, do czego dążyć żeby było wystarczająco motywujące, a jednocześnie pozostawało w choćby hipotetycznym zasięgu.
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Wysłany przez: @tomcatim lepsza kondycja ogólna, tym cięższe treningi można i właśnie trzeba robić. Im lepsza kondycja też tym szybsza regeneracja po zmęczeniu.
Do czasu. Słynne "roztrenowanie" nie jest przypadkowe 😉 No i branie pod uwage wplywu zycia codziennego/pracy na ten sport i odwrotnie.
A to nie jest tak ze dostajesz/osiagasz tyle na ile uwazasz (czesto podswiadomie) ze zaslugujesz? Np. ja - mimo posiadania wystarczajacych umiejetnosci, tak naprawde nie wierzylem, ze przejde tor ninja warrior. Ze jestem na tyle dobry, albo zeby znalezc sie w gronie tych co wcisneli buzzera (tu juz niezdrowe porownanie). Zrobilem blad na fragmencie ktorego przejscie bylo najlatwiejsze na torze. Wynik byl zgodny z najglebszymi przekonaniami...
Dla mnie mega znamienne bylo Twoje bicie czasu na 2 kolka blon. Konfrontacja przekonan z tym jak rzeczywiscie bylo. Jak sie oceniales przed. I potem ta radocha po. Nie widzialem Cie nigdy wczesniej takiego 🙂
I bardzo powodzenia w realizacji planu, najwyzsza pora zeby ktos Ci go ulozyl. Jak dla mnie wazne zeby indywidualnie i pod Ciebie, Twoj tryb zycia, prace mozliwosci regenracji itp.
Z innej beczki...
Pascal zapuścił analizę techniki Barta Swingsa. 🙂
No poezja.
Dlatego na koniec zmontował małą etiudkę 😉
https://youtu.be/N8J8eaBIUPI?t=615
Podsumowując:
1. Odkłada rolkę idealnie płasko i bez wstrząsu, w zamkniętej pozycji czyli skierowaną do wewnątrz. To nawet ja wiem jak bardzo ułatwia spokojne wyprowadzenie łuku na zewnętrznej krawędzi. 🙂
2. Miejsce odłożenia w stosunku do biodra umożliwia mu wyprowadzenie double pusha z mięśni pośladkowych.
3. W drugiej fazie double pusha używa czworogłowego, czyli prostuje nogę. Pascal to do tej pory przedstawiał te dwie metody jako dwie różne techniki DP, których używa się zamiennie. Bart wykorzystuje obie w każdym kroku!
4. Cały czas utrzymuje kompresję kółek. Aby wyeliminować martwy moment, gdy noga przetacza się pod środkiem masy bez generowania napędu używa "kopnięcia delfina" (terminologia Viktora Thorupa), czyli zamiata nogą z tyłu, aby przyspieszyć przełożenie balansu do roboczego położenia.
5. Mimo użycia double pusha zachowuje też odrobinę "lodowego" napędu z upadku na wewnętrznej krawędzi, więc po prostu doi każdy ruch do maksimum. Skubaniutki.
6. Maksymalnie opóźnia odjazd pchającej klasycznie nogi ustawiając ją prawie idealnie równolegle do kierunku ruchu, więc ma się o co zaprzeć i pchać przez dłuuugą chwilę.
7. Koordynacja ruchów jest idealna, nic za późno, nic za wcześnie. Bez względu na tempo cały czas jest idealnie.
Aktualnie najlepsza technika na świecie. Co widać po jego nie kończących się zwycięstwach. A jednocześnie startuje na lodzie, co innym totalnie rozwala double pusha. Mantia np. musiał trochę popracować, żeby do niego wrócił. 🙂
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Wysłany przez: @szyszkownikDla mnie mega znamienne bylo Twoje bicie czasu na 2 kolka blon. Konfrontacja przekonan z tym jak rzeczywiscie bylo. Jak sie oceniales przed. I potem ta radocha po. Nie widzialem Cie nigdy wczesniej takiego 🙂
🙂
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Pn 24 sie 20
Wczorajszy dzień rozpoczął się na wilgotno i bardzo długo straszył. Oprócz tego czułem się jakiś taki zmęczony (rolki w tym tygodniu były mocarne, zwłaszcza czwartkowe objazdy 125 dały się odczuć) i złożywszy jedno z drugim nic nie wyszło z planu na długą jazdę. Ale przed wieczorem stwierdziłem, że trzeba mimo wszystko trochę przepalić nogę, bo następne dni zapowiadają się na bardzo pracowite i nie w sportowym tego słowa znaczeniu. No to poszedłem pojeździć dookoła domu.
Drogi znanego na pamięć Tour de Pięć Wsi są zjeżdżone do białości i trudno tutaj mówić o jakimś przypadkowym poprawieniu czasu na którymkolwiek odcinku. Najpierw jest mały downhill, potem spokojne pół kilometra przez wieś, a potem zaczyna się pierwszy odcinek: Zielna-Willowa. Praktycznie płaski i jakoś tak zazwyczaj pod wiatr. No i kita, ale na spokoju, bo jeszcze nie dogrzany.
Naoglądałem się ostatnio materiałów Global Cycling Network na temat pozycji aerodynamicznej i już po rozpędzeniu do tych 41 km/h starałem się poprawić pozycję: pochylić bardziej, bardziej ugiąć łokcie, przedramiona jak najbardziej poziomo, plecy i ramiona zaokrąglone, głowa na wprost. Z tym „głowa na wprost” to jest taki problem, że trzeba przecież obserwować drogę! Raz inne pojazdy, ale największy problem może być z dziurami i śmieciami, które okupują skraj drogi, którym przecież jadę. No i cóż, tym razem zwinąłem z półki zwykłe poliwęglanowe okulary z decatlonu, które mają nieprzejrzystą górną ramkę. Oj, jak ta ramka przeszkadzała! Trzeba było trzymać głowę, aż o tyle bardziej w górze! Utrzymanie pozycji aero z zadzieraniem głowy nie ma nic wspólnego, a jak ktoś się będzie upierał, to mu szyja odpadnie w niedługim czasie. No, ale jak było, tak było, a prędkość wyraźnie wzrosła. Jeśli przed optymalizacją pozycji jechałem (tam jak zwykle wiało w dziób) 41 km/h, tak po poprawie 43! Jak później sprawdziłem estymację, przełożyło się to na średnią moc 280 W na odcinku prawie 1 km. Średnia prędkość wyszła 41,1 km/h. Myk w tym, że tam jest kawałek pod górkę i potem już trudno się odzyskać te stracone kilka km/h. Co mnie zaskoczyło, to to, że nie był to mój najlepszy czas na tym odcinku. No, jak się go ciągle i ciągle jeździ, a zdarzają się lepsze dni… Ale te 280 W przez ciut ponad minutę to naprawdę ciągnie się powietrze jak piec martenowski… Jeden ogień!
Potem odcinek Modniczka-Brzezie. Ostatnio zauważyłem, że chłopaki z ustawki CK, a konkretnie Paweł Ciężki, którego jazdy na Stravie śledzę z wypiekami, przejechali go grupą ze średnią 37 km/h. No kosmos jakiś. Ale jak go pocisnąłem cały czas pozostając w pozycji aero, to wyszła mi średnia 34,6 km/h, czyli nie jakoś tak kosmicznie dużo mniej, a jechałem sam! Średnie waty wyszły ciut ponad 230.
No i jak tu nie wierzyć w estymację FTP, czyli mocy progowej na poziomie 193-195 W, skoro po takim właśnie wysiłku na poziomie 230 W na dystansie niespełna 2km muszę odpocząć. To znaczy, że to jeszcze nie jest jechane w tlenie. Zapewne, gdybym wkładał 200 W to mógłbym jechać i jechać. Niestety ocena mocy na bieżąco wymaga zaopatrzenia się w urządzenie do pomiaru mocy, a te bydlęta nawet używane kosztują powyżej 1500 złotych. Jeśli sobie kiedyś sprawię nowy rower, to postaram się, żeby tam to było od nowości, ale w tym to by było jak kwiatek do kożucha.
Odcinek między Brzeziem, a Ujazdem przeznaczyłem zatem na odpoczynek. Co ciekawe jak później sprawdziłem, ten odpoczynek to w dalszym ciągu było 180 Watów. Oj poszła mi moc w górę – kiedyś bym to odczuwał jako „ciśnięcie” i „zauważalny wysiłek”. A po odpoczynku przyszła pora na crème de la crème: Ujazdówkę.
Najechałem pierwszą z serii trzech hopek z prędkością 36 km/h, zredukowałem wyłącznie na tylnej zębatce i jak tylko poczułem, że tracę impet wstałem na pedałach. Udało się utrzymać prędkość powyżej 20 km/h i już był kawałek płaskiego. Na tym odcinku trzeba się rozpędzić, ale bez inwestowania w to oddechu, który trzeba oszczędzać przed głównym podjazdem. No to wyszło jakieś 27 km/h i górka się zaczęła. Na początku delikatnie, jak zawsze, a potem coraz bardziej ciśnienie na korbie zaczęło rosnąć. Zrzucałem biegi i obserwowałem spadającą prędkość, ale jak było 21 km/h i poczułem potrzebę dalszej redukcji, to wstałem na pedałach i zacząłem już tylko cisnąć pod tą górkę, nie kalkulując, nie zastanawiając się. Siła i ogień. Ogień w nogach, ogień w płucach. Ale się dało. Predkościomierz jednak wskazywał poniżej 20 km/h, a tuż przed szczytem chyba nawet poniżej 15, ale to były krótkie momenty, potem szybki downhill i ostatnia górka, już krótka i też ciśnięta na stojąco. Po wszystkim zorientowałem się, że zapomniałem zredukować na przedniej przerzutce. Pierwszy raz ever wjechałem całość na dużym blacie...
Można powiedzieć, że zastosowałem zupełnie inną taktykę podjazdu niż zazwyczaj, ale jej przewaga okazała się być totalnie miażdżąca dla wcześniejszych jazd. Czas już przecież wyśrubowany jak na moje możliwości, bo ta górka jest dla mnie swoistym miernikiem formy już przez lata, udało się poprawić o ponad 20 sekund! Ledwie kilka tygodni temu pożegnałem się z barierą 4 minut, a teraz już jestem na poziomie 3,5. Nie sądziłem, że to jest możliwe w moim wykonaniu, ale jednak jest i na pewno to nie tylko wynik zmniejszenia masy do wwożenia pod górkę, ale także podkręconej mocy w nogach, którą czuć też na rolkach.
Potem zrobiłem jeszcze jedno kółko, podczas którego nie udało się poprawić czasu podjazdu pod krótką, ale bardzo stromą górkę pod Kościołem w Modlnicy. Kolejna próba na odcinku Zielna-Willowa z dokładnie identycznym czasem, chociaż wydawało mi się, że wkładam więcej siły, ale Strava podsumowała mnie na całe +2 waty, więc nieistotne przy tym poziomie mocy. Jednak włożyłem tam tyle, że ponowny przejazd Modlniczka-Brzezie był już na poziomie 194W, czyli dokładnie mojego estymowanego FTP, co jakby pokazuje, że to faktycznie może być dobra estymacja, bo to jest moc, którą jestem w stanie utrzymać przez dłuższy czas, nawet będąc zdyszany. No i przełożyła się na średnia 32,1 km/h.
Drugi przejazd Ujazdówki też zrobiony na maksa, ale średnia moc już była o 20 W mniejsza, co pozwoliło owszem pogrzebać stary rekord z kretesem, ale dało czas przejazdu o 10 sekund gorszy od pierwszego.
Cała jazda to niecałe 20 kilometrów w około 40 minut. Dojechałem do domu może nie kompletnie zmęczony, ale z uczuciem że noga i płuco się przyjemnie przepaliło. Ok, przyznam, nogi były trochę bardziej miękkie niż zwykle, ale zanim stwardniały zrobiłem kilka podstawowych ćwiczeń z mojego zestawu jogi dla opornych i nie było źle. A nawet było dobrze.
I niech ta myśl nam świeci przez cały kolejny tydzień!
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Biorąc pod uwagę jak tutaj się rozpływam nad wystrzałem mojej formy stwierdziłem, że trzeba podrążyć źródła.
I już w 3 minuty 25 sekund później dotarłem do tabeli definiującej co to znaczy "World Class", exceptional, very good, a co znaczy novice.
Patrzymy ile mam oszacowany poziom mocy na progu: 194 W. Ważę 87 kg. Wynik dzielenia to 2,22. Patrzymy do tabeli...
Untrained novice. 
Dobranoc Państwu.
PS. Wróć jak będziesz miał 350 W na progu. Albo będziesz ważył 48,5 kilo.
Eeee, zawracanie głowy...
Po zastanowieniu. Zakres Fair zaczyna się od 2,5 W/kg. Dla mojej wagi to oznacza podkręcenie FTP do 217,5 W. To jest do zrobienia w PRZYSZŁYM sezonie, o ile przez zimę nie będę za często schodził z trenażera 😉 Jak zrzucę jeszcze trochę to cyferki się trochę poprawią.
Ale raczej widać, że nie ma szansy, żebym dobił do okolic 4 W/kg, co jest przyjmowane za moc pozwalającą na swobodne jazdy w czołówce amatorskiej stawki.
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Wt 25 sie 20
Ale ten czas leci, kolejny rok… ale z drugiej strony kaseta 105 11-28T jednak na czas nie przyszła. Taki sobie prezent dla siebie wymyśliłem: z jednej strony kasety zębatka pozwalająca na większe prędkości, a z drugiej strony zębatka pozwalająca na wjazdy na większe górki. Bardzo ciekawy efektu, ale najpierw musze ją mieć zamontowaną, a żeby mieć zamontowaną, to najpierw musi przyjść.
Poranny skating dryland zrobiony w miarę chwacko. Obserwacją w tym tygodniu był stopień zejścia w dół i pochylenia. Jak to Pascal kiedyś tłumaczył – jeśli naciskasz brzuchem na udo, to jesteś wystarczająco pochylony. I z roku na rok jest to łatwiejsze… Ale z drugiej strony taki Viktor, a zwłaszcza jego młodziutka panna dociskają do uda nie brzuch, co jest w miarę do ogarnięcia (no powiedzmy), ale i górę klatki piersiowej. Co jest wyczynem na miarę „Ape Skating” wymyślonego przez Eddy’ego Matzgera, podczas którego napędzamy się odpychając dłońmi od ziemi, a to wymaga wbicia sobie kolana w klatkę piersiową. No historie z mobilnością się chowają. Jakie problemy z mobilnością? Ciśnij w dół i nie chrzań mi tutaj, że coś Cię nie puszcza.
Coraz bardziej się przekonuję jak podstawową rolę w byciu sprawnym i zdolnym do takich zaawansowanych siupów jest bycie rozciągniętym. I to rozciąganie to jest robota na miesiące i lata. I nie na chama, nie z buta, nie na siłę. Trzeba być spokojnym, konsekwentnym i godnością osobistą skłaniać zakresy ruchów do powiększania. I wykonywać rozciąganie zawsze do końca i pociągnąć spokojnie ciut dalej. Słowo klucz: spokojnie i powoli. Jak uparłem się rozciągnąć dwugłowe, to skończyło się dużo gorzej i miesiące trwał powrót do sprawności i eliminacja bólu. A wystarczyło sięgnąć do źródeł i tam wyraźnie mówią: jak masz problem z przodopochyleniem miednicy, to nie rozciągaj dwugłowych, bo sobie zrobisz krzywdę. One już są na maksa naciągnięte, przez właśnie przodopochylenie miednicy. Najpierw napraw tę rzecz. A problem dwugłowych rozwiąże się sam.
No i tak to jest. Prace w toku… ale już i tak lepiej.
A wspomnianymi wskaźnikami W/kg tak naprawdę przejmować się nie ma sensu, ale będą dużym ułatwieniem dla stwierdzenia, czy już jestem gotowy na jazdę w grupie z lokalną koniną (konie są mocne). Zacząłem bawić się tą myślą w zeszłym roku, ten jeszcze na pewno nie, a przyszły? Zobaczymy.
Dzisiaj jeszcze do zrobienia brzuchy i core. Nie ma to tamto.
- Dziś robimy czego innym się nie chce, a jutro czego inni nie potrafią.
Ostatni post: Zawody rolkowe 2026 Najnowszy użytkownik: jamikadalgety25 Ostatnie posty Nieprzeczytane Posty Tagi
Ikony forów: Forum nie zawiera nieprzeczytanych postów Forum zawiera nieprzeczytane posty
Ikony wątków: Bez odpowiedzi Odwpowiedzi Aktywny Gorący Przyklejony Niezaakceptowany Rozwiązany Prywatny Zamknięte


